Rozdział 1 - cz. I

niedziela, 14.lutego.2010, 20:07
Wygląda na to, że zawieszanie działalności na dłuższy czas jedynie po to, by wyskoczyć za kilka miesięcy z zupełnie nowym projektem, to dla mnie rzecz normalna. Od września zdążyłam wymyślić sobie kilka nowych projektów (w przerwach między okresami, kiedy nie byłam w stanie wymyślić nic), które ostatecznie zostały połączone w jeden. Którego to początek przedstawiam poniżej.
Nawet nie modlę się, ani nie obiecuję, że pojawi się kontynuacja poniższego tekstu. Ale... postaram się.
Dodam jeszcze na koniec, iż będę dzieliła rozdziały na części. Powinno być to ułatwieniem dla innych, a także dla mnie samej, pojawi się bowiem kilka wątków naraz.


Pozdrowień nie ma.





Chaos - stan całkowitego bezładu.

Leksykon

Ład - porządek

Leksykon


Bo tak to właśnie jest z tymi teoriami... Nijak mają się do życia.

Przypadkowo spotkany podróżny

♠♠♠♠♠




Był wieczór. Typowy dla najzimniejszej pory roku - ciemny i zimny. Gwiazdy, zasłonięte przez ciężkie, czarne chmury, nieudolnie próbowały ukazać się wędrowcom w całej swojej postaci. Śnieg padał niezbyt intensywnie, ale bez przerwy, uparcie dokuczając wszelkim podróżnym. Drogi przypominały szklankę - zwłaszcza te mniej uczęszczane, gdzie owoce zimy nie ginęły pod zaklęciami magów i śladami wędrówek śmiertelników.
Karczma "Pod Mieczem Zniszczenia", mimo odludnego położenia, oblegana była praktycznie każdego wieczoru. W większości gośćmi byli osobnicy, delikatnie mówiąc, podejrzani. Gros stanowili najemnicy, kolorowa mieszanka różnej płci i rasy, nie brakło też bardziej tajemniczych typów. Co trzeci gość wyglądał tu jak skrytobójca, a co drugi zapewne trudził się takową sztuką. Karczmarz nie wpuszczał tu żebraków - liczyły się pieniądze, pal licho, znalezione, czy kradzione.
Tristian De'Sey zaliczał się do tych, którzy korzystali z obu metod wzbogacenia się - choć może bardziej potajemnie używał tej mniej cnotliwej drogi. Nie robił też tego tak często - jego zarobki nie należały do najgorszych, choć wymagały rozsądnego gospodarowania. A niezawsze popisywał się rozsądkiem.
Na przykład teraz.
Siedział przy stole, jak większość klientów, w celu upicia się do nieprzytomności. W jego przypadku było to praktycznie niemożliwe - rozmaite czynniki powodowały, iż potrzebował ogromnej ilości alkoholu, aby zakręciło mu się w głowie. Na tyle, rzecz jasna, nie miał pieniędzy. Już teraz wydał niebezpiecznie dużo. A lekkie szumienie w głowie nie psuło jego koncentracji.
Należało przyznać, że wyglądał na jednego z najbardziej ogarniętych w karczmie. Włosy Tristiana były czarne i sięgały mniej więcej do połowy ud. Cerę miał bladą, jednak nie kojarzyła się ona z trupem. Oczy, barwy roztopionej czekolady, mrużył w wyrazie nieco sennego zamyślenia. Był też dosyć wysoki - niewiele brakowało mu do dwóch metrów. Minimalnie mniejsze były skrzydła wojownika - imponujące, czarne, w chwili obecnej złożone i pozornie nieszkodliwe. Typowe dla jego rasy.
Ubranie czarnoskrzydłego było skrome, ale porządne i, jak większość jego rzeczy, hebanowej barwy. Składało się ono ze skórzanego kaftana, spod którego wystawały długie rękawy koszuli. W dotyku przypominała ona len, choć węgielna barwa temu zaprzeczała.
Z podobnego materiału wykonano spodnie - lecz tkanina była tajemniczo utwardzana, niczym skóra - zapewne magicznie. Z całą jednak pewnością skórzane były jego buty - i pochwa, w której tkwił jego miecz. Rękojeść miecza wysadzana była rubinami.
Na ową broń chciwe zerkało co najmniej paru typów. Tristian posłał im znad kufla spojrzenie jasno mówiące, że nie odda broni w przypływie dobrodziejstwa.

Zrozumieli. I zrezygnowali. Wiedzieli, z kim mają do czynienia.

Zadowolony, powrócił do rozmowy, jaka miała miejsce przy stole. Ludzi, którzy ją prowadzili, widział pierwszy raz w życiu i nie sądził, aby miał spotkać ich po raz drugi. Wszyscy byli już lekko podpici - w ten najsympatyczniejszy sposób, kiedy to alkohol rozwiązuje języki, ale rozmówca gada jeszcze do rzeczy. Chociaż temat owej gadaniny nie zawsze musi być ambitny.
- Tjaa... Wiele to bajek matula do kołyski opowiadała, a jak nie ona, to dziadzio przy kominku - stwierdził jeden z pijaków; ciemna cera i wzrost zdrowo przekraczający dwa metry wskazywały, że jest to katanhan. - Legend namnożyło się, jak tych ludzi na Santathinie, ino z tych pierwszych jakiś pożytek mamy. Dzieci mają radość, a i mi czasem miło posłuchać...
- Dziatki ubaw mają, ale nic więcej - rzucił jego towarzysz; przypominał elfa, ale Tristian wyczuwał, iż elfem nie był. - W bajkach nie ma morału, zapodział się dawno, cholera wie, gdzie...
- A czy każda bajka musi mieć morał? Grunt, że wciągająca, choć nie zawsze logiczna.
- Znam taką bajkę - odpowiedział nie - elf; czarnoskrzydły obstawiał, iż jest to atrańczyk. - O takiej dziewczynce... - rozejrzał się, czy aby ma słuchaczy. Miał. Rozmowy o potężnych i szalonych, handlu i grozie już się przejadły. Lud potrzebował czegoś radośniejszego.
- Była taka panna - kontynuował, zadowolony. - Żyła w wiosce, zadupiu, którego nazwy nie pamiętam. Kiedy miała pięć lat, jej wioskę zaatakowano. Kiedy, jako jedyna ocalała, siedziała na gruzach wioski, znalazła ją kobieta imieniem Chin - zielarka z sąsiedniej wioski. Przygarnęła małą. A niedługo potem także ich wioska została zaatakowana. Powiadają, że mała biła się jak lwica i sama wybiła połowę armii potworów...
- Morał i logika... - mruknął katanhan.
- Ale w końcu ją załatwili. I dziewojka leżała w śpiączce, aż miała lat szesnaście. Kiedy nastąpił ostateczny atak, obudziła się. I ubiła potwory.
- To już koniec? - zapytał z udawaną radością jego towarzysz.
- O, to dopiero początek - uśmiechnął się z rozbawieniem atrańczyk. - Ale opowieść jest długa, do późna by trwało, gdyby opowiadać całą... Powiem więc w skrócie.
Chwila namysłu.
- Panna uwolniła mieszkańców wioski, bo stwory porwały ich i trzymały po okolicy. Pomagali jej w tym dwaj najwięksi wojownicy z wioski. Czyli głupy jakieś, bo nie przeżyli. A ona szła dalej. Mawiają, że to nie była śmiertelniczka, bo lazła bez przerwy na sen, jadło, czy odlanie się. Pomagała innym po drodze. Za wiele nie gadała.
Przeszła cały dystans, dzielący jej wioskę od gór. A potem także i góry. Bo stało się jasne, że potwory te z podziemi pochodzą. A że jakieś zorganizowane dziwnie, to coś musi nimi rządzić. I trzeba to ubić. Proste i jasne.
I przelazła te swoje podziemia. Ubiła władcę potworów, ponoć wstrętnego tak, że jego poddani byli przy nim urodziwi.
Dalej baśń głosi, że dziewoja i paru podejrzanych typów zbudowali sobie w tych podziemiach wioskę.
- A wśród tych typów była siostra dziewczyny, która to cudem uciekła z wioski, wiele lat temu - wtrącił Tristian.
Atrańczyk popatrzył na niego z radosnym zdumieniem.
- Tak, dokładnie! I był tam chłop, który podążał za nią od samego początku, od kiedy wyratowała mu tyłek... Pal licho, jak za nią nadążał. Dość, że ślub wzięli. Ale podobno panna nie chciała się rozdziewiczać - zachichotał złośliwie. - Tak czy siak, żyli sobie ileś tam lat, oczywiście się nie starzejąc, mimo, że byli ludźmi... Ale doszły ich ploty, że w wiosce, gdzie panna się wychowywała, znów coś siedzi. Zło jakieś okrutne. Więc panna poszła w te rejony. A mąż i siostra za nią. I się okazało, co i jak - odczekał chwilę, dla dramatyzmu.
- Ano, żył w wiosce demon. I demon ów pozamieniał mieszkańców w upiory, istoty z kości wyłącznie, w kosy uzbrojone. I zabiły one pannę, śmiercią męczeńską tam padła. Pono potem boginią się stała...
- Patronką trwających w czystości, zapewne - znów dorzucił swoje trzy grosze Tristian, popijając z kufla. Podpite towarzystwo uznało to za świetny żart, o czym dali znać radosnym pijackim śmiechem.
- Logika bajek jest... Ten, no... nielogiczna - oświadczył mądrym tonem katanhan, mocząc usta w piwie.
- Bo to bajka. Ale morał by mieć mogła...
- A po co morał?
- Żeby słuchanie niosło pożytek!
- I niesie. Wciąga...
Tristian oparł się wygodnie o ścianę, zamawiając, dla odmiany, wino. Drogie. Wiedział, że będzie żałował. Ale co z tego?
Słuchając durnych rozmów o bajkach i popijając alkohol, tak łatwo zapominało się o tym, co ważne, oddając się chwilowemu szczęściu...

Miał jeszcze za ową radość zapłacić.
Shariana Lianelvin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: